Moja droga, ja wiem – czas jest dobrem deficytowym, ale wiesz co – każdy na szczęście ma po równo. No i zrobiłam ostatnio eksperyment i na kartce zapisywałam czas, jaki spędzam standardowo w kuchni, przygotowując obiad (a szybko się irytuję, serio, serio!)

W zasadzie to nigdy nie mogę wyjść z podziwu, kiedy patrzę ile czasu wymaga tradycyjny polski obiad, ale taki wiecie – niezbyt zdrowy. Załóżmy ziemniaki, schabowy i kapusta. No ileż to roboty, serio. I na to czas zawsze gdzieś tam się znajdzie. Na bigos, pierogi, ziemniaczane placki, kluski, kopytka. To są wszystko super pracochłonne dania i – powiedzmy sobie szczerze – niezbyt bogate w wartości odżywcze. Więc pokażę Ci jak ja gotuję – tylko ostrzegam jestem kulinarnym ignorantem! Uprawiam w kuchni coś pomiędzy makaronem z sosem pomidorowym (bo to pozornie najszybciej i najprościej) a wytwornymi, wieloskładnikowymi daniami.

Zakładam, że posiadasz w domu piekarnik i ceramiczną patelnię. Jest dużo sprzętów, które ułatwiają mi życie, ale o tym może kiedy indziej napiszę. Dzisiaj klasycznie – bez tajemniczych pomocników.

No więc lecimy.

15.52 – wpadam do kuchni! Pierwsze, co robię – to nastawiam piekarnik na 190 stopni, wyciągam z lodówki uda z kury (takiej co to ponoć biegała po dworze), układam w naczyniu żaroodpornym, smaruję oliwą i przyprawiam. Czekają aż piekarnik będzie gotowy je przyjąć.

W międzyczasie (kocham, naprawdę kocham to pojęcie!) – wyciągam patelnię ceramiczną, wlewam odrobinę oliwy, z zamrażalnika wyciągam opakowanie mrożonej fasolki szparagowej, otwieram je i wrzucam fasolkę na patelnię. W tym czasie kiedy ona tam jest piekarnik daje znać, że jest gotowy. Wkładam kurę i ustawiam czas na 40 minut. Następnie biorę się za cukinię, kroje ją w kostkę, dorzucam do fasolki, przyprawiam i ustawiam płytę na małą moc, żeby cukinia z fasolką się udusiły, a nie spaliły.

Następnie obieram i kroję bataty i cebulę, układam w naczyniu żaroodpornym, polewam oliwą i przyprawiam tymiankiem. Będą teraz czekać, żeby potowarzyszyć kurze w piekarniku.

Jest godzina 16.10 – mięso siedzi w piecu, zielone warzywa duszą się na małym ogniu, bataty czekają na sygnał z pieca. I wychodzę z kuchni i mogę robić co chcę.

Ćwiczyć, tańczyć, prać, prasować, pisać, czytać – no co tam kto lubi. I na serio – więcej czasu zajmuje mi właśnie napisanie tego wpisu, niż zrobienie jedzenia. Mogłabym naprawdę w tym czasie przygotować ze sześc takich obiadów!

Piekarnik daje sygnał – wpadam do kuchni, dokładam bataty i ustawiam go na kolejne 20-25 minut i znowu sobie idę. W międzyczasie wraca mój mąż, piekarnik daje znać, że już – nakładamy obiad i jemy razem niczym w najlepszej restauracji świata. Tyle że taniej!

I wiecie co jest jeszcze gratis? Posiłek dla Łukiego na jutro do pracy (bo ja jak wiecie odpoczywam!)– dorzucam kiełbaski z biedry i włala, zero kanapek, a resztkę zielonych warzyw wykorzystam do jajek na śniadanie!

Soł izi! Musisz mi uwierzyć, bo naprawdę na widok przepisu pełnego składników, o których istnieniu nie wiem, a co dopiero miałabym mieć je w kuchni – odechciewa mi się gotować. Dlatego trzeba sobie w życiu ułatwiać a nie utrudniać!

Smacznego!

Jeśli uznasz, że warto – puść dalej, nie się niesie! Dziękuję!

Żyj, nie wariuj i dbaj o siebie!

Ela Sawicka

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o