Ponad 5 lat temu, w maju 2013 r. wylądowałam w Male – stolicy Malediwów. Ach, marzenie! Ale nie do końca tak było dla mnie. Wylądowałam tam sama (przez przypadek, nie żebym tak zaplanowała!) i pierwsze 3 dni nie robiłam nic poza użalaniem się nad sobą. Przeczytaj ten wpis jeśli jesteś singlem i nie jest Ci dobrze w tym miejscu i cały czas zastanawiasz się jak kogoś poznać!?

W sumie miałam lecieć z moją przyjaciółką i jej narzeczonym – jako 3.

Zawsze jako 3,5,7,9.

Tylko ona zgubiła paszport i zorientowała się bardzo za późno. To użalanie przysłoniło mi wszystko. Możesz sobie wyobrazić jeszcze wtedy dużo większą mnie, na przepięknej wyspie, wkurwioną na słabo działające wifi. Wtedy w żyłach miałam rozpuszczony „niktmnieniechcesizm”,taki o wzmocnionym i bardzo przedłużonym działaniu.

Wylądowałam na wyspie, na którą latają pary na miesiąc miodowy.

Na wyspie, na której nie miałam dostępu do żadnej z moich ulubionych uciech – zakupów i wina. Przez kurde przypadek. Ale ja nie wierzę w przypadki. Wierzę w to, że wszystko wydarza się po coś. Wierzę w precesję, o której pisze w swojej (zajebistej!) książce Jacek Walkiewicz.

„Rzucamy kamieniem i woda się rozchodzi w postaci fal. Tam, daleko leży listek i nagle pod wpływem tej fali się zabujał. Robaczek, który leżał na listku, spadł do wody i szybko skorzystała z tego rybka, i go zjadła. Ale czy taki był zamiar tego, kto rzucił kamieniem? Przyczyna i skutek. Dalej rzeczy dzieją się same.”

(Jacek Walkiewicz)

Dziś jestem 2 lata po ślubie i właśnie niedawno obchodziliśmy naszą 5 rocznicę. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, jak bardzo zmieni się moje życie – parsknęłabym śmiechem. Nie miałam pojęcia jak dbać o siebie, nie znałam siebie, byłam przerażona faktem, że muszę spędzić ten czas ze sobą, bez zakupów, praktycznie bez internetu, bez alkoholu (!).

Czytanie książek? Nie dla mnie.

Dla mnie było tylko winko i tracenie czasu i hajsu (którego zresztą nie miałam) na szmaty. I bardzo, bardzo lubię wracać do tej historii. 5 lat to naprawdę nie jest dużo, a jednocześnie tak bardzo, bardzo dużo. W 5 lat może zmienić się wszystko. Te 5 lat i tak upłynie, nigdy nie mogę być pewna co mi życie przyniesie, ale to co mogę – to ufać sobie.

Ufać w to, że zawsze sobie poradzę. Ufać w to, że miłość zawsze znajdzie rozwiązanie.

I za każdym razem kiedy dopada mnie chwila zwątpienia, kiedy jestem w trudnej sytuacji przypominam sobie o tym. O tym, że nie wiem ile niespodzianek życie dla mnie naszykowało i o tym, że na tyle siebie poznałam, że wiem że dam radę. Bo chcę. Bo nie mam wpływu na to co się wydarza. Ale mam wpływ na to jak to interpretuję.

Kiedy wróciłam wtedy z tych Malediwów – zaczęłam na serio uczyć się tego jak zaopiekować się sobą. Jak nie czekać na to, aż przyjdzie ktoś, kto da mi to, czego nie mam w sobie. Bo to przecież niemożliwe, tak bardzo byśmy chciały, a tak bardzo jest to niemożliwe.

„Miłość to nie coś, co dajemy bądź dostajemy; to coś, co pielęgnujemy i o co się troszczymy, więź, która może być wzmacniana między dwojgiem osób, gdy istnieje w każdym z nich – możemy kochać innych tylko tak, jak kochamy samych siebie.”

(Brene Brown)

Na horyzoncie w kalendarzu widać było już firmową imprezę, jakiś miesiąc po powrocie. Po tym jak w podróży usłyszałam od rezonującej z gwiazdami starszej Pani:

„wrócisz i spotkasz swoją miłość, ale najpierw musisz siebie pokochać tak, jak chcesz być kochana”.

Dbanie o siebie wychodziło mi coraz lepiej – już przed wyjazdem zaczęłam ćwiczyć z Chodakowską, ale teraz nabrało to dla mnie innego wymiaru. Zaczęłam dbać o dietę – interesować się tym, co wkładam sobie na talerz. Zaczęłam czytać – wtedy jeszcze bardzo bez przekonania, ale zaczęłam.

Firmowa impreza zapowiadała się jak każda inna i nie wiedziałam, że właśnie ta odmieni moje życie na zawsze.

O rany – teraz jak to piszę to brzmi to niezwykle baśniowo, ale dlaczego nie? Dlaczego właśnie tak nie możemy postrzegać swojego życia – jak pięknej baśni, w której czasem tylko straszą potwory?

Pomysł usadzenia gości według podobnych lub pasujących do siebie znaków zodiaku wywołał spore oburzenie – no bo jak to tak będę siedzieć z nieznajomymi? Tutaj ujawnia się nasz lęk przed nieznanym. Nawet zwykła firmowa impreza i spędzenie wieczoru przy stoliku z ludźmi, który znamy słabo albo wcale – budzi opór. No bo o czym by tu gadać. No bo pewnie będzie krępująca cisza, o rany. Wolimy to, co znane.

Ale tylko to, co nieznane może odmienić nasze życie.

Była to pierwsza od bardzo dawna impreza na której skupiłam się na dobrej zabawie – po prostu. Mój umysł totalnie się odprężył i przestał (jak to na każdej innej wcześniej imprezie) poszukiwać idealnego kandydata na partnera. I nawet jeśli sobie wcześniej mówiłam – nie, nie, ja nie szukam – akurat! To nigdy nie była prawda, bo w mojej głowie non stop wyskakiwały niczym żabki ze stawu: a może to ten, a może ten, o ten, a może ten. I tego nawet nie trzeba mówić – wydaje mi się, że to po prostu czuć – taką poszukującą pocieszenia i szczęścia na zewnątrz energię.

Wymarzyłam sobie kiedyś, że poznam faceta w piękny sposób i kropka.

Marzenie wysłane w kosmos.

Dlatego nigdy nie mogłam się przekonać do portali randkowych, chociaż dałam im szansę. A ja marzyłam o tym, żeby ktoś wpadł na mnie na ulicy albo o jakiejś tego typu zakręconej historii. Nie mam nic złego do powiedzenia na temat portali randkowych -spełniają bardzo potrzebną funkcję.

Ale ja miałam inne pragnienia, one były moje i kropka.

Więc usiadłam przy tym stoliku – ja Bliźnięta i po mojej lewej stronie usiadł on – Wodnik. I teraz się ciśnie – jak to w bajkach – to była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie, nie była. Wszystko potoczyło się tak bardzo spontanicznie i naturalnie, bez dzikiej presji, bez wyczekiwania. Świetnie się razem bawiliśmy. Dwa tygodnie później pojechaliśmy razem nad morze. Bez podchodów, bez spinania co wypada, a co nie wpada.

Bez nie piszę – niech on napisze.

Zwyczajnie wpłynęliśmy w to z wielką swobodą i całą swoją naturalnością. Ja – jeszcze wtedy z nadwagą – totalnie nie karmiąc swojego wstydu z nią związanego jakoś zupełnie się przy nim zrelaksowałam.

Wszystko dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam.

Dziś kiedy pytam tego Wodnika – co go we mnie urzekło – odpowiada że swoboda, spontaniczność i radość. Nie wygląd, chociaż to jest pierwsze, co mamy przed oczami.

I z wzajemnością! Całkiem niedawno robiliśmy ćwiczenie z książki Kamili Rowińskiej i tak – radość jest naszą wspólną, głęboko w nas zakorzenioną WARTOŚCIĄ. Jedną z siedmiu najważniejszych.

Nie było od początku super łatwo – bo on Poznań, ja Wrocław. I jeszcze ta droga taka beznadziejna. Ale kiedy jest miłość to moment podjęcia DECYZJI przychodzi bardzo naturalnie.

A miłość nie jest od pierwszego wejrzenia.

Miłość jest wtedy kiedy się już znamy dość. Miłość jest wtedy, kiedy skarpetki, które same nie wpadają do kosza na pranie nie powodują awantury. Bo to przecież nigdy nie chodzi o skarpetki, o szklankę czy o telewizor. Miłość jest wtedy kiedy razem jesteśmy w stanie przetrwać życiowe burze, a kilka nam było danych. Kiedy patrzymy na siebie bez obwiniania, z wielką ciekawością i otwartością w sercu.

Z tej baśni morał jest taki, że warto mieć swoje marzenia i nie iść na kompromis zbyt szybko.

Że jeśli czegoś bardzo pragniesz to szukaj, szukaj sposobu na to, aby iść w tym kierunku. Jeśli nie wiesz czego chcesz to próbuj – pisze Jacek Walkiewicz. Pisze też tak:

„Trzeba być odważnym, aby doświadczać życia . Trzeba odezwać się do obcej osoby w pociągu, zadać pytanie nieznajomemu, otworzyć drzwi, za którymi stoi jakaś tajemnica. Trzeba pomóc szczęściu, bo jak już wspomniałem, ono sprzyja odważnym.”

Żyj, nie wariuj i dbaj o siebie najpierw!

Ściskam,

Ela

Jeśli uznasz, że warto – udostępnij na swoim Facebooku albo podeślij znajomym! Dziękuję! Miło wiedzieć, że to czym się dzielę ma dla Ciebie wartość 🙏

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o