Moim marzeniem jest, abyś dbała o siebie z przyjemną lekkością.
Nie zawsze tak było u mnie, a ponieważ moja przeszłość stworzyła mnie taką jaką jestem dziś – przybliżę Ci kluczowe momenty mojego życia, które zdecydowały o tym, że myślę, mówię, piszę i robię właśnie tak!

Jeszcze w 2012 roku …

ważyłam 68 kg przy wzroście 159 cm, a centymetr pokazywał mi 86 cm w talii (to już niebezpieczna u kobiet otyłość brzuszna według wskaźnika WHR).
Długo nie widziałam w tym problemu, ponieważ w mojej rodzinie od pra pra babek – wszystkie kobiety mają nadwagę. Idealna wymówka – geny! A ja całe życie byłam raz większa, raz mniejsza, ale zawsze taka „waciasta”, daleko mi było do sylwetki z zarysowanymi mięśniami. Oprócz nadwagi męczyła mnie długa lista dolegliwości z przewodu pokarmowego (wzdęcia, gazy, zaparcia, uczucie przelewania w brzuchu, odbijanie), migreny, huśtawki nastroju (PMS!), spadki energii.

No ale zgodnie z trendem – albo na wszystko była tabletka albo „taka moja uroda”! To wynikało oczywiście z braku świadomości, braku wiedzy i wszechobecnej bierności. Pewnego dnia (w trudnej dla mnie osobistej sytuacji) – coś we mnie pękło i poczułam, że chcę czuć się inaczej. I wierzę,że każdy taki moment ma (albo niebawem nadejdzie!) bo to niezbędne, żeby coś zaczęło się zmieniać. I na każdego podziała co innego. Jakby to było wczoraj pamiętam jak koleżanka pomagała mi się wydostać (dosłownie!) z wyszczuplającego gorsetu na imprezie i jej słowa: Co ty ze sobą zrobiłaś?

No dobra!

Najpierw trafiłam na słynny „Skalpel” Ewy Chodakowskiej (a w zasadzie podesłała mi go przyjaciółka). Zaczęłam ćwiczyć. Nie postawiłam sobie żadnego celu, twierdziłam że nigdy nie zmienię sposobu odżywiania. Pierogi, kluski, makarony to było to! Od samych ćwiczeń schudłam w ciągu 3 miesięcy pierwsze 5 kg. Po jakimś czasie ta sama koleżanka, która wyswobodziła mnie z gorsetu umówiła mnie ze swoją siostrą – dietetykiem. Najpierw wzięłam się za regularne posiłki, niezależnie od tego co jadłam (a jadłam głównie hot dogi na stacji, bo szybko!) – starałam się wprowadzić jakiś rodzaj dyscypliny. Potem zamieniłam napoje na wodę, było ciężko, bo od zawsze piłam nestea i nie widziałam w tym nic dziwnego. I naprawdę myślałam, że mnie nawadnia. Ograniczyłam słone przekąski, bo było ich dość sporo i słodycze, na które jakoś szczególnie nie chorowałam. Ale przejść obojętnie obok kinder bueno??? Nauczyłam się.

Zwrot akcji i poznanie najważniejszej osoby w moim życiu …

W maju 2013 roku ląduje na małej wyspie na Malediwach. Moja przyjaciółka zgubiła paszport i zdecydowałam się lecieć sama, choć dobrze że nie wiedziałam dokąd lecę. Zero alkoholu i zero galerii, czyli moich ulubionych rozrywek, w które uciekałam. Tylko ja, przepiękna, zapierająca dech w piersiach przyroda i … ja. 10 dni, z których trzy pierwsze praktycznie przewaliłam na użalanie się na to, że jestem sama i że słabo działa wifi. Czujesz? Jak teraz o tym pomyślę to wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny i po prostu miałam znaleźć się sama w tym miejscu.

 

 

Poznałam tam pewną Niemkę, bardzo dojrzałą i doświadczoną przez życie kobietą. Kiedy wysłuchała mojej historii i wszystkich tych żali – powiedziała krótko: Wrócisz i odnajdziesz miłość swojego życia. Ale jest jedna rzecz, którą musisz zrobić najpierw. I myślę sobie: ta jasne, pewni wyć do księżyca! Jej słowa zapadły gdzieś we mnie bardzo głęboko: Musisz najpierw sama siebie pokochać tak, jak pragniesz być kochaną. Na początku się zirytowałam, no bo przecież siebie kocham – ciuchy, kosmetyki, same dobra, winko i te sprawy – no miłość jak nic! Ale potem zaczęło do mnie docierać, że szukam kogoś, kto zapełni we mnie pustkę. Że wcale siebie nie znam i wkurwiłam się, że muszę sama ze sobą te 10 dni spędzić. Tam się zaczęła największa podróż mojego życia, czyli odkrywanie siebie. To jest podróż, z której nie chce się wracać, ona jest celem sama w sobie.

A potem już poszło, bo z miłości do siebie…

Moje samopoczucie zaczęło się zmieniać. Zaczęłam się zmieniać JA. Nie tylko moje ciało. Nadal jednak byłam zagubiona, nie wiedziałam co jeść, jak jeść. Wtedy potrafiłam ugotować jajko i zagotować wodę na herbatę. Byłam singlem i nie czułam potrzeby dbania o siebie. Przynajmniej nie w ten sposób. Dbanie o siebie przejawiało się wtedy zakupami – nowe ciuszki i kosmetyki dodawały otuchy! Cały czas powoli sobie ćwicząc – zaczęłam zgłębiać tajniki żywienia. Przeszłam przez wiele mniej lub bardziej skutecznych schematów, ale dopiero dziś rozumiem, że moim głównym celem jest zdrowie, a nie talia osy. Że każdy jest inny. Wykupiłam pierwszą dietę online – rzekomo spersonalizowaną – ale dziś wiem, że to był kolejny schemat. Jednak pomógł mi trochę uporządkować sprawy. Po kilku miesiącach ważyłam już 60 kg. Brnęłam dalej! Zafascynowało mnie ludzkie ciało. Wtedy właśnie kiedy skupiłam się na sobie, kiedy coś zajęło moją głowę – poznałam mojego męża. Niesamowite jest to jak jedna zmiana pociąga za sobą drugą, druga kolejną, kolejna – kolejną. Tak to działa. Zaczęłam więcej ćwiczyć – dziś też wiem, że im więcej tym NIE lepiej!

Długa droga …

Odstawiłam kilka składników – poprawiła się cera. To była długa droga błądzenia, fiksowania się, poszukiwania, próbowania. Dziś wiem trochę więcej i wiem ile jeszcze jest wiedzy do zdobycia… Wypracowałam swój styl. Ważę 54 kg i czuję się świetnie w swoim ciele. Zajęło mi to więcej niż rok. Nie mam żadnych dolegliwości z przewodu pokarmowego, i choć moja tarczyca nie zawsze pracuje tak jakbym sobie tego życzyła – czuję się świetnie, bo nauczyłam się z nią współpracować a nie walczyć. Nauczyłam się słuchać swojego organizmu i mam do niego ogromny szacunek. Natura jest najdoskonalszym nauczycielem.

Dobre życie jest dobrym, kiedy o tym zdecydujesz, że ma takie być !

To wszystko uczy mnie pokory, odwagi i wdzięczności za piękne życie. I tym wszystkim chcę się dzielić z Tobą!

Wiem, że możesz!

Rozumiem z czym się mierzysz i jeśli masz ochotę – potowarzyszę! Nie tylko jako specjalista od zdrowego stylu życia, ale też jako kobieta, która chętnie wymieni się energią i doświadczeniem.